Rozwój osobisty, duchowy czy emocjonalny praktycznie nigdy nie jest linią prostą pnącą się stale w górę. Cykliczność życia objawia się także w naszej drodze życia – zaliczamy wzloty i upadki.

Być może nie jest Ci obce uczucie rozczarowania, frustracji, przygnębienia, zrezygnowania, kiedy kolejny raz, mimo całej wiedzy z zakresu duchowości i rozwoju, znajdujesz się w sytuacji, w której jest Ci zwyczajnie, po ludzku, ciężko i źle. Byłeś już tak blisko wymarzonego brzegu, a tu znikąd pojawił się sztorm, który znowu odbiera Ci siły. Spokojnie. Tak ma być 🙂

Gdy życie rzuca nas na głęboką wodę

Z moich obserwacji i rozmów z ludźmi wynika, że zazwyczaj bodźcem do rozpoczęcia intensywnej pracy nad sobą i rozwoju jest doświadczenie czegoś bardzo nieprzyjemnego w życiu. Zostajemy wrzuceni na głęboką wodę życia. I co gorsze w ogóle nie umiemy pływać.

Jesteśmy przerażeni, znajdujemy się w miejscu, w którym nie ma zupełnie nikogo, jesteśmy tylko my i ocean syfu, smutku, żalu, samotności, w którym się topimy. Nie raz zdaje się nam, że już nie damy rady utrzymać się na powierzchni. Bezradnie machamy rękoma i nogami, ale nie wiemy w którym kierunku płynąć. Nie widzimy brzegu, na horyzoncie nie widać też żadnych statków, które mogłyby nas uratować.

Zaczynamy uczyć się pływać

W pewnym momencie część z nas podejmuje decyzję, że coś trzeba zrobić, że nie można dalej dryfować w miejscu tylko czas nauczyć się pływać. Metodą prób i błędów zdobywamy nową umiejętność i zaczynamy płynąć w kierunku, który wydał nam się na ten moment najbardziej odpowiedni. Zazwyczaj idzie to całkiem dobrze, choć bywają momenty, że fale życia nieco nas zatapiają.

Widzimy postęp – kiedyś zupełnie nie umieliśmy pływać, a dziś dość dobrze pływamy kraulem.

Widać brzeg! Jestem uratowany!

Płyniemy i płyniemy i po pewnym czasie dostrzegamy w oddali tak długo wyczekiwany ląd. Miejsce o jakim zawsze marzyliśmy. Bezpieczny, ciepły piasek już czeka, aż się na nim wygodnie ułożymy, a słońce będzie mogło wygrzewać i nasycać energią każdą komórkę naszego ciała. Tam na pewno będzie mi dobrze! Tam jest moje miejsce! – myślimy.

Coś tam się rysuje na horyzoncie, dopłynę!

Rozpiera nas euforia, dostajemy wiatru w żagle i turbo doładowania mocy 😀 Zaczynamy pędzić ile sił i całkiem szybko zbliżamy się do brzegu. Do miejsca w życiu, które jest naszą wizją, naszym ideałem, celem ostatecznym.

Nie tak szybko…

Po drodze jednak rozpętuje się sztorm. Fale zaczynają mocniej nami miotać, wiatr zaczyna wiać w przeciwnym nam kierunku i droga do brzegu staje się trudniejsza.

Całe szczęście jesteśmy już na mieliźnie. Część z nas próbuje się jakoś się zmusić i dopłynąć do tego brzegu, ale przeważnie i tak zostaje zmuszona na chwilę przystanąć, bo dalsza trasa jest za trudna. Sfrustrowani krążymy po mieliźnie wzdłuż lądu, jeszcze po pas w lodowatej wodzie, ale czuć już grunt pod nogami. Postanawiamy dać sobie trochę czasu. Czasu na rozgoszczenie się w pobliżu lądu, na oswojenie z czuciem tego gruntu pod nogami.

Na mieliźnie trochę skał, ale na którejś możemy na chwilę przycupnąć

No dobra, niech tak będzie

Rodzi się akceptacja. Okej, nauczyliśmy się już pływać, przepłynęliśmy pół lodowatego oceanu, w sumie na tej mieliźnie nie jest tak źle. Czujemy się bezpiecznie mając w polu widzenia nasz cel.

Pewnego dnia pogoda się poprawia i nawet nie zauważamy kiedy ciepłe prądy same popychają nas w stronę brzegu. Wychodzimy na tak długo wyczekiwany ląd, padamy zmęczeni na twarz, wtulamy się w ciepłą Ziemię. Czujemy wdzięczność, ulgę, wzruszenie, moc. Trasa nas zahartowała. Nie utonęliśmy.

Udało się. I co teraz?

Rozsiadamy się wygodnie na brzegu, układamy nasze zmęczone ciała na ciepłym piasku. Słońce pomaga nam się zregenerować. Czujemy się trochę rozbitkami. Trochę nie wierzymy, że udało nam się dopłynąć. Rozkoszujemy się miejscem, w którym jesteśmy. Siedząc na brzegu cały czas widzimy jednak rozbijające się o nasz brzeg fale. One przypominają nam o oceanie, z którego wyszliśmy. Ten ocean nigdy nie zniknie, on tam zawsze będzie.

Siedzimy sobie na tym brzegu, jest fajnie, zaczynamy budować sobie domek ze znalezionych gałęzi i liści. Zdobywamy nowe umiejętności i wszystko idzie jak po maśle. Do czasu.

Pływanie może być fajne

Do czasu, aż trochę zaczyna nam się nudzić. Jest nam ciepło, wygodnie, czasem jakiś kamyk wbije się w stopę, ale ogólnie jest na prawdę dobrze. Coś jednak głęboko w sercu drga, gdy wieczorem siadamy nad brzegiem i patrzymy na ocean, który przepłynęliśmy. Tak bardzo go nienawidziliśmy, gdy w nim byliśmy. Tak bardzo chcieliśmy się wydostać. Tak bardzo on nas jednak ukształtował.

W końcu zdobywamy się na odwagę i wchodzimy trochę popływać. Nie boimy się już zamoczyć. Choć woda jest zimna, a fale niekiedy wyglądają groźnie to wiemy, że umiemy zajebiście pływać. Czujemy dziką radość. Wolność. Nie musimy już cały czas siedzieć na brzegu. Teraz możemy więcej. Możemy nawet zbudować tratwę, albo statek i płynąć gdzieś dalej. Umiemy pływać i umiemy budować domy. Ufamy sobie. I wiemy, że ocean wcale nie chciał nas zabić. Po prostu mieliśmy nauczyć się pływać 🙂

Skoki do wody? Żaden problem!

Przemierzając własny Wszechświat

I wiecie, czasem zdarza się, że fale za mocno nas przytopią i na chwilę tracimy oddech. Na chwilę rodzi się strach, czasem wątpliwości. Czasem trochę za daleko odpłyniemy od lądu, albo wypadniemy za burtę statku. Ale płyniemy dalej i odwiedzamy kolejne lądy. Kolejne brzegi nas samych czekają na odkrycie. Kolejne cykle będą się wydarzać. Daj sobie czas, pozwól sobie czasem osiąść na mieliźnie. 

Swobodnie płyń z prądem życia. Zaufaj falom.

Odwagi rozbitkowie! Ja też jeszcze czasem się topię, ale chyba polubiłam pływać 🙂

dziendobry.info.pl grupa
Kliknij i dołącz do grupy na Facebooku!